MHP
MHP Informacje
Design: studiobakalie.pl
Elegantki i dżentelmeni
prof. dr hab. Anna Sieradzka
Odzyskanie niepodległości w 1918 roku stworzyło dla Polaków nowe warunki życia politycznego, społecznego, gospodarczego i kulturalnego. W zakresie mody odzieżowej fakt odrodzenia niezawisłego państwa nie oznaczał jednak przełomu. Już bowiem od wielu dziesiątków lat na ziemiach polskich ubiory kształtowały podobne czynniki, jak w innych, wolnych krajach. Wyższe i średnie warstwy społeczeństwa podporządkowywały się kolejnym zmianom mody, tworzonej w Paryżu i Londynie, chłopi pozostawali wierni ubiorom ludowym, a najubożsi nosili odzież pozostającą niemal zupełnie poza modą. Powstanie II Rzeczypospolitej sprawiło jednak, że zarówno mieszkańcy byłego zaboru austriackiego, dla których dużą rolę w przejmowaniu nowej mody odgrywał Wiedeń, jak i zaboru pruskiego, często kupujący odzież w firmach berlińskich, uznali, jak to czynili Polacy z zaboru rosyjskiego, iż punktem odniesienia dla obywateli odrodzonego państwa pozostaje przede wszystkim moda francuska dla kobiet, a angielska dla mężczyzn.
Rewolucyjną rolę w kształtowaniu ubiorów odegrały natomiast lata I Wojny Światowej, która w damskiej modzie położyła definitywny kres wielu formom odzieży, bielizny i dodatków, noszonych w XIX stuleciu. Trudne warunki wojenne, niosące za sobą ograniczenia podaży i popytu, zastój w handlu i przemyśle a także stwarzające konieczność zwiększonej aktywności kobiet w życiu społecznym i zawodowym, wymogły na projektantach i ich klientkach daleko idące ograniczenia ozdobności i kosztowności ubiorów oraz zwiększenie ich funkcjonalności. Zaczęto zatem propagować i nosić stroje o uproszczonych fasonach, skromniejsze i praktyczniejsze.
Zasadniczą zmianą, wprowadzoną już w 1915 roku, było skrócenie ubiorów – po raz pierwszy w dziejach damskie nogi zostały odsłonięte aż do połowy łydek. Owa długość ( a raczej krótkość ), początkowo była przez Polki niechętnie przyjmowana, jako urągająca tradycyjnym wymogom przyzwoitości. Skrócone spódnice wzbudzały zgorszenie zwłaszcza wśród starszych pań, które zresztą jeszcze w czasach II Rzeczypospolitej często nosiły odzież sięgającą do kostek. Druga innowacja, którą przyniosły lata wojenne i utrwalił okres powojenny, to uproszczenie, a nawet maskulinizacja damskiej garderoby. W pierwszej połowie lat dwudziestych dominowała w niej prosta, luźna linia tuby, maskująca kobiecą figurę. Ograniczano detale i przybrania, zwłaszcza w ubiorach codziennych, rezerwując hafty, koronki czy falbanki do ozdoby strojów wieczorowych, w których najdłużej utrzymał się „orientalny” przepych, z takim powodzeniem wylansowany przed 1914 rokiem przez francuskiego projektanta, Paula Poireta. Uprościł się krój odzieży, a rezygnacja z usztywnień i podszewek przy „zwisających” z ramion sukniach uczyniła je wygodniejszymi. Reminiscencją wojennych ograniczeń były swetry z dzianiny, noszone przeważnie do bluzek i spódnic. Kostiumy miały zmaskulinizowane, długie żakiety i proste, wąskie spódnice. Obszerne płaszcze dzienne posiadały duże, futrzane kołnierze, a na wieczór zakładano przeważnie kloszowe peleryny. Skromne fryzury z ułożonych w miękkie fale i upiętych w niski kok włosów przysłaniały niemal pozbawione ozdób kapelusze z niską główką i dużym rondem bądź podobne do męskich małe kapelusiki filcowe.
W związku z odkryciem kobiecych nóg zmienił się fason obuwia: krótką cholewkę miały już tylko buciki codzienne lub zimowe, zaś do strojów letnich i wieczorowych noszono wycięte pantofelki na wysokim obcasie. Następstwem skrócenia spódnicy było także rozpowszechnienie się cienkich pończoch w cielistym kolorze, w najelegantszej wersji sporządzanych z prawdziwego jedwabiu. Niezbędne przy każdym rodzaju ubioru rękawiczki wykonywano z miękkiej skóry. Modnym, a bardzo lubianym przez Polki dodatkiem do stroju stały się w latach powojennych szale i chusty, haftowane a najczęściej batikowane. Gotowych produktów tego typu dostarczała m. in. kierowana przez Antoniego Buszka pracownia batikarska „Warsztatów Krakowskich”1, a własnoręczne batikowanie należało wśród pań wręcz do dobrego tonu – Magdalena Samozwaniec wspomina, iż nie tylko uruchomiła pracownię batików w rodzinnej „Kossakówce”, ale i występowała w samodzielnie ozdobionych kreacjach, jak suknia wieczorowa z 1924 roku, której „wierzch był z granatowej gazy, batikowanej /.../ w żółte kwiaty i różowe motyle„.2
Codzienne ubiory szyto z różnego rodzaju tkanin wełnianych, często w kratę lub w pasy, ale o stonowanych barwach: beżowej, kasztanowej, piaskowej; letnią odzież także sporządzano na ogół z lekkich wełenek, ale coraz popularniejsze stawały się również tkaniny bawełniane. Na suknie popołudniowe i wieczorowe używano miękkich jedwabi, ( zwłaszcza modnego krepdeszynu ), sztywnych taft i przejrzystych szyfonów. Dzięki inicjatywie Gabrielle Chanel, która już w 1916 roku wprowadziła do damskich ubiorów miękki dżersej ( wcześniej używany tylko jako materiał bieliźniany ) i ten rodzaj praktycznej tkaniny zyskiwał coraz większe uznanie.
Ewolucja kobiecej sylwetki w kierunku geometryzacji osiągnęła apogeum w drugiej połowie lat dwudziestych. Postępująca emancypacja obejmowała nie tylko wzrost aktywności zawodowej kobiet i ich większy udział w życiu społeczno-politycznym ( już jesienią 1918 roku rozporządzeniem Naczelnika Państwa, Józefa Piłsudskiego, przyznano Polkom prawo wyborcze ), ale także „wyzwolenie” obyczajowe. Modne panie zaczęły jawnie stosować wyrazisty makijaż, palić papierosy, pokazywać się w miejscach publicznych bez męskiej czy rodzinnej asysty. Ideałem wielu młodych kobiet stała się bohaterka głośnej wówczas powieści Victora Margueritte’a „La garçonne”, przypominająca wyglądem i zachowaniem młodego chłopca.
Maskulinizacja kobiecej postaci zaczęła się od głowy. Panie gremialnie pozbywały się długich splotów na rzecz fryzur z krótkich włosów. Za autora tej epokowej innowacji uważany jest Antoni Cierplikowski – Antoine, pracujący w Paryżu fryzjer pochodzący z Sieradza, który już w 1920 roku w taki sposób uczesał i odmłodził jedną z francuskich aktorek. Włosy obcinano „na pazia”, do wysokości uszu czy brody, z równą grzywką na czole lub zupełnie po męsku, z przedziałkiem z boku i podgolonym tyłem, za to z zakręconymi na policzkach „pejsikami”. Do małej fryzury pasowały niewielkie kapelusze, często pozbawione rondka, zwane kloszami lub kaskami ( o wyraźnie militarnym rodowodzie ), bardzo skromnie przybrane, nasuwane głęboko na czoło.
Idealna kobieca sylwetka miała mieć chłopięcą szczupłość i płaskość, toteż nie bez powodu określano ją mianem „deski”. Biust, talia i biodra „nie istniały”, maskowane odpowiednią bielizną i zgeometryzowanym, prostym krojem ubiorów, gładkich od ramion do linii talii, zaznaczonej nisko na biodrach, sięgających ledwie za kolana, którą to długość wprowadzono dopiero w latach 1925-1926. Największe zasługi w wylansowaniu linii „chłopczycy” miała niewątpliwie Gabrielle Chanel – „Coco”, której projekty nie tylko naśladowali inni dyktatorzy mody i aprobowały kobiety, ale większość z nich weszła na stałe do kanonu damskiej garderoby. Chanel wprowadziła kostiumy o blezerowym żakiecie i wąskiej spódnicy, garsonki, złożone z sięgającej za biodra luźnej bluzy ( zwanej kasakiem lub dżemperem ) i również wąskiej, poszerzonej zaszytymi fałdami lub plisowanej spódnicy. Dziełem tej projektantki jest też nieśmiertelna „mała czarna” – prosta popołudniowa suknia z czarnej tkaniny, z rękawami lub bez, w wersji wieczorowej urozmaicona poszerzonym skośnymi falbanami lub plisowanym dołem.
Moda wieczorowa przemieniała „chłopczyce” w istoty pełne kobiecych powabów. Jak pisano w jednym z polskich czasopism w 1926 roku: „Wieczorem – na przyjęciach, tańcach i balach – kobieta zmieniała się nie do poznania. Była jak gdyby postacią z baśni, owinięta w zwoje tkanin niby z mgły i promieni księżyca, mieniących się całą gamą barw, przedziwnych kamieni, strasów i pereł. Toteż trudno nieraz było rozpoznać w niej widzianą rano na ulicy lub nad brzegiem morza na pół chłopięcą sylwetkę znajomej kobiety.”3 Wieczorowe kreacje mogły być bardzo obcisłe lub poszerzone od bioder, ze spódnicą za kolana lub zwisającą w asymetrycznych zębach, bez rękawów i dekoltu z przodu, za to z sięgającym aż do pasa trójkątnym wycięciem z tyłu... W nich najlepiej przejawiała się tęsknota zmaskulinizowanych pań za dekoracyjnością – błyszczącymi haftami, aplikacjami, koronkami, nieobecnymi w ubiorach codziennych.
Suknie codzienne przeważnie miały fason luźnej, prostej „koszulki”, odciętej na biodrach, często z fantazyjnymi rękawami; chętnie noszono je w komplecie z narzutkami z tej samej tkaniny. Większą od nich popularnością cieszyły się dwuczęściowe garsonki czy chanelowskie kostiumy. Wśród okryć zimowych prym wiodły obszerne futra ze skór farbowanych królików, lisów, źrebaków, karakułów, których kołnierze i obszycia sporządzano z luksusowych szynszyli, gronostajów czy soboli.
Proste formy przybrały też w tym czasie dodatki, choć zwiększyła się ich różnorodność. Wysoko odsłonięte nogi przyoblekały panie w jasne pończochy z ciemnymi „strzałkami” z boku ( co miało optycznie wysmuklić łydki ). Polki miały już możność kupienia jedwabnych pończoch produkowanych w Milanówku za około 20 złotych, trwalszych od francuskich, kosztujących około 50 złotych; zarówno jedne, jak i drugie pozostawały towarem luksusowym, toteż większość pań zadowalała się produkowanymi w Łodzi pończochami ze sztucznego jedwabiu za 5 złotych, a na co dzień nosiła tanie, bawełniane pończochy fildekosowe. Różnorodne obuwie dopasowywano do przeznaczenia ubioru: do kostiumu lub sukni odpowiednie były pantofelki skórzane, z paskiem na podbiciu, na niezbyt wysokim obcasie, latem w wersji z plecionych pasków, często płócienne i bez obcasów; kreacje balowe uzupełniano dekoracyjnie zdobionymi pantofelkami z tkaniny, zamszu lub lakieru; zimą i na wsi nakładano skórzane półbuty, a w razie niepogody chroniono nogi gumowymi śniegowcami. Skórzane rękawiczki miały szerokie, często haftowane mankiety; dekoracyjnie traktowano też niewielkie, płaskie torebki, zwłaszcza wieczorowe. Nadal lubiono urozmaicać proste ubiory długimi szalami i chustami, a biżuteria, także sztuczna ( której już nie wstydzono się nosić ), odzwierciedlała głównie tendencje stylu Art Déco w geometrycznych formach kolczyków, broszek, bransolet czy coraz powszechniej noszonych zegarkach na rękę.
Codzienne stroje szyto na ogół z tańszych tkanin rodzimej produkcji – bawełnianych z Łodzi i Tomaszowa, wełnianych z Bielska; także milanowskie jedwabie zaczęły powoli stanowić konkurencję dla francuskich. Uwydatnieniu geometryczności i płaskości sylwetki sprzyjało preferowanie jednolitej kolorystyki całego ubioru, z przewagą bieli w odzieży letniej i dominacją czerni w zimowej oraz wieczorowej. Wzory na tkaninach także podporządkowano geometrii – kratki, paski, kółka, romby i zygzaki kontrastowały z tłem lub były utrzymane w podobnej tonacji.
Po wielkim kryzysie 1929 roku, którego skutki boleśnie odczuła również Polska, zmieniła się damska moda a także niektóre kobiece obyczaje. „Wyzwoloną chłopczycę”, szalejącą na dansingach, zastąpiła w następnej dekadzie kobieta dystyngowana, przestrzegająca w zachowaniu i sposobie ubierania towarzyskich konwenansów.
Moda lat trzydziestych podkreślała w sylwetce, ubiorach i dodatkach naturalne walory kobiecości. Stroje były zróżnicowane w zależności od przeznaczenia, ale wszystkie odznaczały się dopasowaniem do figury, podkreśleniem linii ramion, talii i bioder oraz wydłużeniem: w ubiorach codziennych często do połowy łydek, w wieczorowych aż do ziemi. Na co dzień kobiety najchętniej nosiły kostiumy z żakietem przypominającym męską marynarkę: poszerzonym poduszkami na ramionach, wciętym w talii, z wyłożonymi klapami; towarzyszyła mu wąska spódnica z kontrafałdą lub zaprasowanymi fałdami. Urozmaiceniem dość surowego kostiumu były jasne bluzki, kamizelki i kobiece dodatki: sztuczne kwiaty, przypinane do klapy żakietu bądź bardzo popularny, narzucany na ramiona kołnierz z lisa. Przywrócone do łask sukienki modelowały figurę precyzyjnymi i skomplikowanymi cięciami. Lubiono dopasowane bluzki, często dzianinowe, z poszerzonymi górą rękawami oraz opięte na biodrach spódnice. Suknie wieczorowe były albo bardzo obcisłe, „wężowe”, krojone ze skosu i na ogół pozbawione rękawów, albo z mocno dekoltowanym stanikiem, bolerkiem i sutą, kloszową spódnicą. Do letnich ubiorów noszono krótsze od nich płaszcze lub pelerynki, a zimą nadal preferowano różnego rodzaju futra, przeważnie o płaskim włosie ( źrebaki, karakuły ).
„Powrót kobiecości” oznaczał także zmianę fryzury – panie nosiły włosy dłuższe, starannie ułożone w pukle i fale, a nienaganny wygląd uczesania zapewniała „wieczna” ondulacja parowa lub elektryczna. Najmodniejsze były włosy blond, uzyskiwane często przy pomocy płynów rozjaśniających. Kapelusze, coraz mniejsze i bardziej fantazyjne, miały tak różnorodne kształty, że w 1936 roku stwierdzano: „O jednolitości fasonu w ogóle nie ma mowy. Są kapelusze z filcu o główkach jak meloniki albo w stylu Gainsborough /.../. Jeszcze inne sterczą wysoko nad czołem jak rosyjski kokosznik albo czapka grenadiera. Na rondku krzyżują się zwykle dwa płaskie piórka„.4 Powróciła moda na woalki przy kapeluszach, dodające kobietom tajemniczości i kryjące mankamenty twarzy.
Pończochy codzienne miały dyskretny, dymny kolor, a do toalet wieczorowych używano cienkich pończoch gazowych. Obuwie – kryte, z plecionych pasków, ażurowe, często wykonywano z kilku rodzajów i kolorów skór, zamszu lub tkanin; do codziennego ubioru noszono pantofle na wygodnych, słupkowych obcasach, na wieczór zaś na wysokich. Zazwyczaj komplet z obuwiem stanowiła torebka, podobnie jak skórzane rękawiczki ( krótkie na co dzień, długie poza łokieć na wieczór ) dobrane do przeznaczenia i kolorystyki stroju. W biżuterii dominowały brosze i klipsy, ale najchętniej zdobiono ubiór, kapelusze czy fryzury sztucznymi kwiatami.
Kryzys ekonomiczny wpłynął na wzrost popularności tańszych tkanin, głównie perkali, które Polki chętnie stosowały w codziennych letnich ubiorach. Wśród tkanin wełnianych prym wiódł angielski tweed, na wieczorowe kreacje tradycyjnie przeznaczano jedwabie. Coraz większym powodzeniem cieszyły się dżerseje, różnego rodzaju dzianiny i gotowe wyroby trykotarskie. Materiały na letnie suknie i bluzki pokryte były drobnymi, naturalistycznymi wzorami kwiatowymi, zaś w tkaninach wełnianych kratami i kratkami. Obok koloru czarnego, dominującego w strojach popołudniowych i wieczorowych, oraz białego, odpowiedniego zarówno na dzień, jak i na wieczór, moda lat trzydziestych wprowadzała nasycone, niekiedy nawet jaskrawe barwy, często łączone kontrastowo.
Moda męska w dwudziestoleciu międzywojennym nie przeszła aż tak radykalnych zmian, jak kobieca, bowiem już od przełomu XVIII i XIX wieku ubiory panów ulegały ciągłym uproszczeniom i standardyzacji. Tak, jak dla kobiet Paryż, tak dla mężczyzn wyrocznią w sprawach eleganckiego ubioru pozostawał Londyn, a wzór angielskiego dżentelmena był uznawany za godny naśladowania również w II Rzeczypospolitej.
Do codziennej pracy w mieście Polacy zakładali wełniane garnitury w stonowanych kolorach ( szarym, brązowym, granatowym ) z dopasowaną, jedno lub dwurzędową marynarką, która w latach trzydziestych miała coraz szersze, „kwadratowe” ramiona; spodnie, w latach dwudziestych dość wąskie, w następnej dekadzie uległy poszerzeniu. Komplet z garniturem stanowiła zazwyczaj krótka kamizelka. Można było z niej zrezygnować przy letnim garniturze w kratkę lub z jasnej tkaniny; w warunkach wakacyjnych różnicowano też ubiór kolorystycznie ( np. granatowa marynarka do białych spodni ). Niezależnie od miejsca i pory roku garniturowi towarzyszyła biała koszula i krawat o umiarkowanej szerokości i dyskretnym wzorze, czasem zastępowany lżejszym „motylkiem”. Codziennym męskim obuwiem były półbuty skórzane, najczęściej brązowe, a w zimowe dni także kamasze lub chroniące pantofle kalosze. Na oficjalne uroczystości, bale, premiery operowe i teatralne eleganccy panowie przywdziewali czarny frak, frakową kamizelkę i koszulę ze sztywnym gorsem, wiązali muszkę i nakładali czarne lakierki, a na ich głowach nierzadko pojawiał się cylinder. Na dancingu lub mniej oficjalnym przyjęciu mężczyźni nosili smokingi lub po prostu ciemne garnitury. Starsi eleganci pozostawali wierni getrom, laseczce i uroczystemu strojowi wizytowemu: żakietowi ze sztuczkowymi spodniami. Jako okrycia wierzchnie noszono latem popelinowe i gabardynowe płaszcze, przepasane paskiem, a w chłodnej porze roku dopasowane, wełniane płaszcze – dyplomatki oraz podbite futrem pelisy.
Najpopularniejszym męskim nakryciem głowy był filcowy kapelusz o różnym kształcie główki i ronda, rzadziej melonik. Niezbędne uzupełnienie ubioru stanowiły skórzane rękawiczki.
Elegancki pan miał gładką fryzurę z przedziałkiem z boku, często „przylizaną” brylantyną, a starannie wygolone oblicze mogły zdobić krótko przystrzyżone wąsy.
W modzie męskiej preferowano wysokogatunkowe tkaniny wełniane w ciemnych kolorach, najczęściej gładkie lub w kratę, dodatki z dobrze wyprawionej skóry, jedwabne koszule i krawaty. W myśl angielskiej dewizy dżentelmen winien bowiem odznaczać się ubiorem dyskretnym, ale najwyższej jakości.
Do urozmaicenia wyglądu kobiet i mężczyzn przyczyniały się ubiory sportowe. Moda na uprawianie sportów, lansowana głównie w Anglii już w XIX stuleciu, po I Wojnie Światowej ogarnęła i inne kraje. Sprzyjały jej rozpowszechnieniu i przemiany społeczno-obyczajowe i dążenie do uzyskania szczupłej sylwetki. Również w Polsce propagowano amatorskie uprawianie sportów, a niektóre dyscypliny, jak tenis, jazda na nartach i łyżwach, kajakarstwo, pływanie, zyskały sobie znaczną popularność wśród młodzieży obojga płci.
Na popularyzowaniu zajęć sportowych, a co za tym idzie, lansowaniu stosownych do nich ubiorów, najwięcej i najwcześniej skorzystali mężczyźni. Najczęściej noszonym strojem sportowym stał się dla nich komplet złożony z przepasanej marynarki z dużymi kieszeniami oraz luźnych spodni-pumpów, ujętych w mankiety pod kolanami, do których zakładano grube podkolanówki i solidne skórzane trzewiki, a głowę przykrywano czapką-cyklistówką. W takim stroju panowie nie tylko jeździli na rowerach czy chodzili na wycieczki, ale także udawali się na polowania. Służył im także do jazdy konnej, przy której trzewiki zastępowały buty z wysokimi cholewami, a pumpy zmieniano na bryczesy.
Automobiliści nosili długie, skórzane płaszcze i skórzane czapki-pilotki, chroniące od kurzu i zimna podczas jazdy odkrytym samochodem. Na wycieczkach pieszych, rowerowych czy kajakowych chętnie noszono, dopuszczane także do domowego ubioru, wełniane kamizelki i pulowery, zakładane na koszule z wyłożonym kołnierzykiem i bez krawata. Niezbędnym elementem stroju narciarskiego, złożonego z pumpów i krótkiej, wełnianej kurtki, stał się wełniany sweter z golfem.
Wśród Polek sport nie był wówczas jeszcze zbyt popularny, ale i one ulegały modzie na spędzanie czasu w ruchu, na świeżym powietrzu, tym bardziej, że po wielu wiekach uznawania za niezbędny atrybut kobiecej urody śnieżnobiałej karnacji, zaczęto lansować opaleniznę. Ta innowacja najbardziej wpłynęła na zmianę fasonu kostiumów kąpielowych, które zaczęły jednocześnie pełnić rolę kostiumów plażowych. Kostium odsłaniał coraz więcej ciała: na początku lat dwudziestych miał formę krótkiej tuniki bez rękawów, noszonej do sięgających kolan spodenek; później zwyciężył jednoczęściowy, trykotowy kostium z dużym dekoltem i nogawkami sięgającymi do uda. Na plaży czy w miejscowościach letniskowych nosiły panie plażowe piżamy o szerokich spodniach i luźnych górach. Spodnie weszły zresztą na stałe do damskiej sportowej garderoby: na nartach jeżdżono w pumpach, przy konnej jeździe bryczesy zastąpiły amazonkę, a młode dziewczęta mogły w latach trzydziestych zakładać do wiosłowania czy jazdy na rowerze krótkie szorty. Mimo lansowania „garniturowych” spodni przez Marlenę Dietrich, Polki nie nosiły ich na co dzień. Grę w tenisa uprawiały przyodziane w białe spódniczki do kolan i pulowery, białe skarpetki oraz płócienne obuwie. Nieliczne automobilistki na ogół zasiadały za kierownicą w kostiumach czy sukienkach i tylko uczestniczki rajdów nosiły kombinezony ze skórzanymi pilotkami.
Uproszczenie fasonów odzieży spowodowało radykalne zmiany w damskiej bieliźnie. Zmniejszyła się ilość bielizny dziennej, ograniczonej do koszuli, majtek i gorsetu, który od połowy lat dwudziestych był wypierany przez stanik i pas do pończoch. W pierwszym powojennym dziesięcioleciu bielizna przyjmowała zgeometryzowane formy, odpowiadające pożądanej płaskości figury – popularne stały się koszulki łączone z majtkami w tzw. „kombinację”. Akcentowanie wypukłości kobiecej sylwetki w latach trzydziestych wprowadziło z kolei koszulki modelujące biust i rozkloszowane do dołu, majtki „motylki” o poszerzonych nogawkach, a biustonosz zyskał dwie oddzielne miseczki i zapięcie z tyłu. Dzienna bielizna, szyta z miękkich i cienkich tkanin bawełnianych i jedwabnych była skromnie zdobiona, za to coraz częściej odchodziła od tradycyjnego koloru białego na rzecz barw pastelowych.
Już od początku lat dwudziestych zalecano paniom do spania dwuczęściową, jedwabną piżamę, złożoną z luźnej bluzy i szerokich spodni. Polki jednak wolały długie koszule nocne, a elegancką piżamę traktowały głównie jako strój plażowy lub domowo-relaksowy. Za to moda na fantazyjne szlafroki-peniuary, które w latach trzydziestych przypominały niekiedy balowe kreacje, została i w Polsce zaakceptowana.
Bielizna męska już wcześniej stała się prosta i wygodna, sporządzana z bawełnianego lub wełnianego trykotu w białym kolorze. Mężczyźni chętniej też używali piżam, ale aż do II Wojny liczni byli zwolennicy długich nocnych koszul. Tylko w gronie domowników lub bliskich męskich przyjaciół pokazywali się panowie w krótkich bonżurkach czy długich szlafrokach.
Moda dziecięca, podobnie jak w przypadku dorosłych, wyraźnie dzieliła ubiory na codzienne i odświętne. Te pierwsze były z reguły bardzo skromne, drugie zaś zdecydowanie różnicowały dzieci wedle płci: dziewczynki miały prawo do długich włosów, kokard, kapelusików i ozdobnych sukienek; chłopcy zaś musieli nosić krótko ostrzyżone włosy, białe koszule i chodzić w krótkich spodniach, których wydłużenie do kostek zwiastowało wkroczenie w wiek męski...
Zachodnioeuropejskie wzorce mody docierały do Polski różnymi drogami. Lansowały je dostępne i u nas zagraniczne żurnale oraz rodzime czasopisma: „Bluszcz”, „Świat Kobiecy”, „Kobieta w Świecie i w Domu”; wyróżniały się wśród nich „Pani” oraz „Teatr i Życie Wytworne”, z którymi współpracowali znakomici ilustratorzy mody – Tadeusz Gronowski, Jerzy Zaruba, Stefan Norblin. Wielką rolę w rozpowszechnianiu mody odgrywało kino: nawet panienka pracująca na poczcie w małym miasteczku czy prowincjonalny urzędnik mogli bowiem zobaczyć, jaki styl urody i ubierania prezentują filmowi aktorzy. Starano się zatem naśladować aparycję i stroje ówczesnych gwiazd srebrnego ekranu – w latach dwudziestych zagranicznych, na czele z pochodzącą z Polski Polą Negri i Rudolfem Valentino, a w następnej dekadzie polskich ulubieńców publiczności: Jadwigę Smosarską, Elżbietę Barszczewską, Tolę Mankiewiczównę, Eugeniusza Bodo, Aleksandra Żabczyńskiego czy Franciszka Brodniewicza. Także wizyty w licznych kabaretach były okazją do podpatrzenia najnowszych kreacji Hanki Ordonówny, Zuli Pogorzelskiej, Miry Zimińskiej czy niedoścignionej elegancji Fryderyka Jarossy’ego.
Największe zasługi w przenoszeniu na polski grunt najnowszych tendencji miały jednak rodzime firmy krawieckie, modniarskie, obuwnicze, futrzarskie. Ich wyroby, wykonywane, jak niezmiennie głoszono „wedle najświeższych paryskich wzorów”, były znakomite jakościowo i tańsze od sprowadzanych z za granicy. Choć wysoki poziom prezentowały wówczas bardzo liczne zakłady rzemieślnicze w całym kraju, to największą renomę miały firmy warszawskie. Wśród nich prym wiódł najstarszy polski dom mody Bogusława Hersego, w którym ubierały się panie ze sfer rządowych i dyplomatycznych, arystokratki, zamożne ziemianki, żony, córki i...przyjaciółki przemysłowców, bankierów, wyższych wojskowych, znane aktorki oraz wszystkie te panie, które mogły sobie pozwolić na bardzo drogie, niepowtarzalne kreacje. Wielkim powodzeniem cieszyły się też stroje od Zmigrydera i Myszkorowskiego. Wszystkie odznaczały się nienagannym krojem, precyzyjnym wykończeniem a przede wszystkim indywidualnym dopasowaniem do figury. Zamawianie ubrań „na miarę„ było szczególnie istotne w przypadku sprawiania sobie kostiumów, których żakiety mogły uzyskać pożądaną doskonałość tylko pod ręką męskiego krawca, mającego doświadczenie w szyciu marynarek. Najelegantsze obuwie, również sporządzane na indywidualne zamówienie, kupowały panie u Leszczyńskiego, Strusia, Kieliszka i Kielmana. Najmodniejsze i najbardziej twarzowe kapelusze oferowały firmy Henriette, Pampel, Ewelina, zaś najwspanialsze futra pochodziły od Apfelbauma i Chowańczaka.
Także polscy dżentelmeni zamawiali garnitury, płaszcze a zwłaszcza wieczorowe fraki i smokingi u renomowanych warszawskich krawców: Zaremby, Sznajdera, Lipszyca, Sikorskiego a buty u Leszczyńskiego, Hiszpańskiego i Kielmana. Jedynie takie wyroby, jak kapelusze, rękawiczki czy bieliznę kupowali gotowe, podobnie jak eleganckie panie.
Niewiele osób mogło sobie pozwolić na indywidualne ubiory ze słynnych firm. Kupowano zatem gotową konfekcję w dużych magazynach, jak warszawski Dom Towarowy Braci Jabłkowskich lub w mniejszych, licznych sklepikach. Kobiety, których nie stać było na krawcową czy gotową odzież, same szyły codzienne i dziecięce ubiory, co znacznie ułatwiały bardzo już rozpowszechnione maszyny do szycia.
Sprawom aktualnej mody poświęcano w Polsce wiele uwagi, łącząc je często z propagowaniem rodzimego przemysłu i wytwórczości. Tak było w przypadku lansowania krajowego jedwabiu z Milanówka, z którego uszyte były suknie prezydentowej Mościckiej i pań ministrowych na „Balu Polskiego Jedwabiu” w Hotelu Europejskim w 1929 roku.5 Poparcie dla łódzkiego przemysłu i propagowanie rodzimych perkali zaowocowało organizowaniem na początku lat trzydziestych pod egidą najwyższych władz rządowych „bali perkalikowych”, na których obowiązywały stroje z tej taniej tkaniny.6 Nie zabrakło także prób upowszechniania polskich tkanin lnianych i „unarodowienia” sporządzanych z nich sukni i bluzek ludowymi haftami, w czym duży udział miały żeńskie krawieckie szkoły zawodowe, prezentujące swoje modele na wystawach w połowie lat trzydziestych.
Największy rozgłos zyskały jednak organizowane od początku lat dwudziestych aż do 1939 roku ekskluzywne, karnawałowe „Bale Mody” w Hotelu Europejskim. Wybierano na nich królową i króla mody, który to tytuł przysparzał splendoru nie tylko uhonorowanym osobom, ale był również znakomitą reklamą dla ubierających je firm, bowiem całe wydarzenie było szczegółowo opisywane w prasie. W 1929 roku królową mody została Zula Pogorzelska, w 1937 Nina Andrycz, a wśród wyróżnionych za najlepiej skrojony frak znalazł się jednego roku Jarosław Iwaszkiewicz.
Postępująca w międzywojennym dwudziestoleciu demokratyzacja mody, jej coraz większa dostępność a jednocześnie różnorodność nie zwalniały jednak od przestrzegania pewnych norm i konwenansów w noszeniu ubiorów. Jak pisała w wydanych w 1938 roku „Obyczajach towarzyskich” Maria z Colonna Walewskich Wielopolska: „Dziś stanowe prerogatywy upadły, wszystko wszystkim dozwolone, tym bardziej więc potrzebne jest skierować uwagę na to ... co dozwolone, a co nie, co wskazane i absolutnie konieczne, a co pozostawione fantazji i dobrej woli”.7 Zarówno Wielopolska, jak i inni autorzy udzielali zatem na łamach czasopism i w licznych poradnikach szczegółowych wskazówek, jak kobiety i mężczyźni mają się ubierać do pracy, latem i zimą, jaki strój jest odpowiedni na różnego rodzaju wizyty i przyjęcia, co założyć na bal, do teatru czy na pogrzeb. Elegancka pani nie wychodziła z domu bez kapelusza, rękawiczek i torebki, a pończochy nosiła nawet w największy upał; nigdy nie zakładała przed południem wydekoltowanej sukni, a na balu pojawiała się w latach trzydziestych tylko w długiej kreacji. Dżentelmen też publicznie nie pokazywał się bez nakrycia głowy i rękawiczek, nosił zawsze koszulę z krawatem, a na zdjęcie marynarki mógł sobie pozwolić tylko w ściśle rodzinnym gronie. Nawet skromne i nie zawsze zgodne z ostatnim krzykiem mody ubiory i ich dodatki odznaczały się nienaganną czystością i świeżością.
Pojęcie przedwojennej elegancji i dżentelmeńskich manier było po II Wojnie Światowej w naszym kraju ośmieszane, dyskredytowane i tępione, jako nie pasujące do egalitarnych idei realnego socjalizmu, a dla współczesnych Polaków też często stanowi jedynie przebrzmiałe zjawisko historyczne. Jednak nadal aktualne pozostają pewne wskazówki, dotyczące stosowności i odpowiedniości ubiorów, jak chociażby taka wypowiedź z lat trzydziestych: „Nadmierna strojność w przystosowaniu się do mody dziennej ulicznej /.../, nadmierna przeźroczystość szatek, nadmierna kolorowość, no i nadmierne hołdowanie wskazaniom mody sezonowej /.../ staje się czasem groteskowe. Zresztą każda rzecz ma swoje miejsce i swoją porę”.8 Warto o niej pamiętać także ubierając się w modne stroje w XXI wieku...

Przypisy:

I. Huml, Warsztaty Krakowskie, Wrocław 1973, s. 89-91.
M. Samozwaniec, Maria i Magdalena, Kraków 1960, s. 406.
Rekord, „Świat Kobiecy”, 1926, nr 15.
Maryna, Czy to kapelusze?, „Bluszcz”, 1930, nr 16.
M. i J. Łozińscy, Życie codzienne i niecodzienne w przedwojennej Polsce, Warszawa 1999, s. 73-74.
W. Dobrzańska, Bale perkalikowe, „Kobieta w Świecie i w Domu”, 1931, nr 11.
M. z Colonna Walewskich Wielopolska, Obyczaje towarzyskie, Lwów 1938, s. 181.
V., Co zanadto, „Kobieta w Świecie i w Domu”, 1934, nr 10.